Asia jedzie do Warszawy złożyć Bardzo Ważne Dokumenty które dzień wcześniej kompletowałyśmy do późnych godzin nocnych. Na smsa Myszczyńskiej z podziękowaniami za pomoc i życzeniami powodzenia odpisuje:
“Dziękuję za miłe słowa. Vice chwilę temu pisał czy wszystko ok. się udało skompletować i życzył powodzenia w Warszawie (tak jak szef wychodząc). Czuję się jak Frodo we władcy pierścieni, albo zbawię świat albo mnie piekło pochłonie.”
Potem zdawała relację smsową w ciągu dnia, (która poniżej), plus klika luźnych uwag z maila – na końcu. Wszystko zamieszczam za zgodą autorki.
“No widać, że jestem podstawiona, że z warszawską emigracją niewiele
mam wspólnego, że nie utożsamiam się z ludźmi jadącymi za chlebem do
stolicy. Nie dość, że w obawie o spóźnienie stawiłam się na dworcu na
15 minut przed odjazdem pociągu, nie pozwalając sobie na luzackie
wejście na peron i nieodwracanie się przy ściąganiu ostatniego bucha z
cienkiego, pedalskiego slima, wyrzucanego w momencie gwizdka
konduktora, startu lokomotywy i przekroczenia progu pociągu.
Próbowałam się maskować, że niby taka obeznana w EIC jestem, wskazując
zbłąkanej duszyczce gdzie są numery siedzeń, że 42 to w tamtą stronę.
Ba, nawet ładowarkę wyciągnęłam, żeby podładować mojego smartfona.
Wszystko szlag trafił, kiedy biorąc do ust miętówkę (bez cukru
oczywiście, ludzie dzielą się na tych, którzy słodzą i na
inteligentnych), wypadła mi z buzi i musiałam grzebać za nią w torbie,
odnaleźć i włożyć z powrotem do ust, zanim mi wszystko pozakleja…”
“EIC już spisałam na straty (ja pie***, oni nie jedzą!). Jako pierwsza
wyciągnęłam bułkę, demaskując się całkowicie i krusząc sobie we
włosy), nawet kawy nie wzięłam z myślą o starbucksie, że chociaż tym
mi się uda w tłum wtopić (tak naprawdę bałam się, że się obleję).
Ratują mnie może trochę okulary przeciwsłoneczne, dzięki którym być
może zostanę uznana za autochtona, gdy wysiadawszy z taksówki,
paragonu nie biorąc, rzucę na odchodnym, zastępując słowa pożegnania
zimnym “reszty nie trzeba…”
“Pan z naprzeciwka nie wytrzymał do momentu przyjścia obsługi
oferującej darmowy poczęstunek (ok. 120zł za bilet – w tym
kawa/herbata lub sok i nędzna markiza) i poszedł do Warsu. Nie mogłam
się oprzeć wrażeniu, że według niego współtowarzysze okazali się
niegodni towarzystwa. Wrócił po jakimś czasie na przemian w iphona
zaglądając, to znowu w laptopa rozłożonego na kolanach.
Myślę sobie, niech no chociaż Vice zadzwoni (o 7???), użyję kilku
mądrych słów, powiem, że powinnam zdążyć przed deadlinem złożyć
ofertę, że jak wrócę to przygotuję umowę dla Rudnickiego (przecież nikt
nie musi wiedzieć, że to stróż w rozpadającej się ruderze, pomyślą, że
to jakiś ważny Klient) i że w sprawie oferty lokat na kwotę 1-3mln zł
mam jutro o 11 umówione spotkanie z panią z Reiffeisen, ale wydaje mi
się, że i tak Getin ma najlepsze stawki i gdyby ich mocniej
przycisnąć, to może 6-7% na 3 miesiące byśmy wyciągnęli. Nie, nie
pamiętam jakie mają overnighty, ale sprawdzę.
Tak, to może wzbudziłoby szacunek wśród otoczenia. Albo może zadzwonić
gdzieś, choćby na drugi telefon, jest wyciszony, nikt się nie
zorientuje, zapytać ściszonym, konspiracyjnym głosem “ile?”, następnie
jeszcze ciszej, bardziej zagadkowo “kupuj 6.000 sztuk”. GPW jest
jeszcze zamknięta, ale może NYSE? Tokio? Która tam jest godzina? Na
pewno gdzieś jakaś giełda jest czynna, może się nie wygłupię. A jak
mnie ktoś zapyta? Powiem, że kontrakty terminowe. Albo opcje. Put,
call. Ehh po co mi była ta ekonomia? Trzeba było się uprzeć po
maturze, zrobić gap year, jechać do Stanów, spokojnie się zastanowić,
co chcę w życiu robić. A teraz jadę. Do Warszawy. Próbując udawać
kogoś, kim nie jestem…
W końcu pociąg dobił do stolicy. Znów się wygłupiłam. Jako jedyna
wychodząc z przedziału powiedziałam “Do widzenia”, czując, że się
rumienię, kiedy nikt nie raczył podzielić mojego entuzjazmu związanego
ze wspólną podróżą i pozdrowić mnie podobnymi słowami.
Taksówki pod dworcem znikały błyskawicznie. Trzask i pisk opon – mnie
udało się dorwać taką, w której kierowca prawie leżał na siedzeniu i
marudził, kiedy prosiłam go o wypisanie rachunku (klient nasz pan?).
Nie, nie zostawiłam napiwku, skrupulatnie odliczając końcówkę w
postaci sześćdziesięciu groszy.
Sam fakt złożenia dokumentów, nie jest godzien uwagi. Utkwiłam cielęcy
wzrok w tablicy informacyjnej Centrum Biurowego, po czym poinstruowana
przez ochroniarza udałam się na VI piętro, gdzie papiery zostawiłam,
potwierdzenie wzięłam i byłam gotowa do drogi powrotnej.
Na dole zadzwoniłam na Speed Taxi, czas oczekiwania 10min – w sam
raz na spacer po Warszawie. Na Wilczej obok Centrum Biurowego kręcili film, robili
zdjęcia w Restauracji z Sushi (przez chwilę się zastanawiałam, czemu
Warszawiacy walą tłumnie o g. 10 na sushi). Wszyscy ubrani bardzo
modnie, w modne spodnie i sweterki, palili przed wejściem modne
papierosy, trzymając w ręku kubek z kawą. Poczułam się bardzo
niemodnie. Do momentu, kiedy wzrok mój nie napotkał mojego sobowtóra -
osoby podobnie jak ja ubranej w 3 bluzy i kurtkę puchową, w ciepłej
czapce, szczelnie owiniętą szalikiem. Poczułam taką ulgę, że jednak
nie jestem jedyną sierotą w tym mieście, że tutaj też ludziom bywa
zimno i nie zważają wtedy uwagi na modę… Chciałam się uśmiechnąć,
skinąć głową powiedzieć w myślach “zimno jest! jak ja Cię rozumiem”…
nie zdążyłam. Kurier rowerowy zdążył mnie obdarzyć wkurwionym
spojrzeniem typu “patrz jak łazisz” i pomknął dalej znów zostawiając
mnie na pastwę losu wśród modnego, filmowego towarzystwa…”