Dziś rozpoczynam cykl dotyczący naszego nowego sąsiada. Nabyłam z małżonkiem pół domu – bliźniaka. Obecnie go sobie pomalutku wykończamy i mieliśmy nadzieję, że za (wspólną) ścianą będziemy mieć fajnych ludzi, z którymi grilla bedzie można zrobić czy się wspólnie w ogródku piwka napić. Niestety się nie uda…
Zaczęło się od złych przeczuć…
Nasze osiedle to zestaw domków jednorodzinnych, które mają takie same elewacje, takie same płotki i takie same podjazdy. Albo się to komuś podoba albo nie. Nam się podobało to kupiliśmy. Za gotówkę ma się rozumieć :) Nasz sąsiad natomiast bardzo chce się wśród tych kilkunastu domów wyróżniać. Ma inne okna – ze szprosami (to te kratki), inną kostkę brukową, inne drzwi wejściowe. Pomyśleliśmy sobie, że to nie wróży za dobrze.
Potem był telefon…
Sąsiad wszedł sobie do nas do domu, niczego nie podejrzewający robotnicy go wpuścili i tym sposobem dowiedział się, że zmieniliśmy lokalizację łazienki i uzyskał mój numer telefonu. Moja ekipa poinformowała mnie o tym fakcie i że on chciał tylko by to wyciszyć, jako, że na wspólnej ścianie ta łazienka będzie. Pomyślałam ok – przecież nie będę z sąsiadem wojować. No i zadzwonił do mnie wieczorem płacząc niemalże do słuchawki, że jak to tak, że ta łazienka to jemu w salonie hałasuje, że kujemy w jego ścianie, że jemu się kominek rusza i że on od trzech dni nie śpi bo my robimy łazienkę niezgodnie z planem, że żadna mata akustyczna tego nie wygłuszy.
Potem spotkanie…
Następnego dnia mieliśmy wątpliwą przyjemność poznać pana Badurę i jego babę. Zaczęło się straszenie nas nadzorem budowlanym, że kujemy we wspólnej ścianie, że będzie awaria tej naszej rury i że wtedy u nich parkiety zaleje, że nie po to oni dom kupowali, by teraz mieć głośno jak w bloku, czy szeregówce. Że my mamy dziecko a dzieci wieczorem korzystają przecież z łazienki co pół godziny… Chcieli byśmy im jeszcze jakiś papier podpisali. Wyszliśmy…
Potem był protest…
Oficjalny, do dewelopera, który jeszcze prowadzi nasz dziennik budowy. Że oni się nie zgadzają, że my zmieniliśmy umiejscowienie łazienki, że ta łazienka im przystaje do sypialni (podejrzewamy, że w takim razie śpią w garderobie… bo to według planu tam po ich stronie powinno być) i że hałas im będzie przeszkadzał. My w międzyczasie rurę daliśmy na ścianę w salonie a nie w ścianie jak planowaliśmy.
Potem było spotkanie na naszej budowie…
Deweloper i architekt mieli w interesie załagodzenie sporu, więc zostało ustalone, że my wyciszymy rurę i łazienkę na przestrzeni wspólnej ściany. Więc generalnie byłoby po sprawie, gdyby nie dalsze wymagania Pana Sąsiada Badury: on chce mieć wgląd w wykonaną izolację akustyczną (nie wystarczy mu notatka służbowa od dewelopera), on chce sobie skopiować notatkę ze spotkania i on by jeszcze chciał zaświadczenie, że instalacja w naszym domu została prawidłowo wykonana. Na wgląd się niestety zgodziłam, z zaświadczeniem został wyśmiany przez architekt i dewelopera (przecież musi być prawidłowo bo inaczej nie oddadzą nam domu do użytkowania) a notatkę sobie skopiował w domu. Ale o tym, żeby kopię dla mnie już nie pomyślał, więc poprosiłam. To się kolega zmieszał.
Teraz są telefony…
Ilekroć moi robotnicy coś wiercą to ten nieszczęśliwy człowiek dzwoni do dewelopera albo kierownika budowy, że my mu się w ściany wwiercamy. Matę akustyczną taką jak mi podano długo sprowadzałam, więc on dzwoni do dewelopera i się niecierpliwi i pyta ile to jeszcze potrwa. Chyba nie muszę mówić, że wszyscy mają go dość…
Ciąg dalszy (niestety) nastapi…